Mój List…

 

Siostry  i  Bracia!

Zwykle w momentach dramatycznych zagrożeń spontanicznie garniemy się do siebie,
bo łatwiej wtedy ukoić ból i przezwyciężać lęk. W takim duchu przyjmijcie garść  moich osobistych refleksji.

W czasie zagrożenia epidemią koronawirusa i wielorakimi konsekwencjami z tego płynącymi, jesteśmy wzywani przez odpowiedzialne służby w państwie do postawy odpowiedzialności, roztropności i posłuszeństwa …  i słusznie. Podkreślić jednak trzeba jak ważne jest stawanie wobec tych wyzwań w duchu wiary. Co to znaczy? To na pewno postawa zawierzenia Opatrzności Bożej, to wejście na drogę bezgranicznej ufności
w miłosierdzie Pana. Przyznajmy, nie jest to łatwe, gdy strach zagląda w oczy. Co tu może być dla nas pomocne? Uświadomienie  sobie m.in., że Bóg dając przyzwolenie na jakieś cierpienie, dramat, zawsze chce z tego wyprowadzić dobro  i zwykle czyni to, a szczególnie wtedy, gdy Mu na to pozwalamy. Są w ewangelii z piątej niedzieli W. Postu roku A, w scenie wskrzeszenia Łazarza, takie słowa Chrystusa: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą” /Jan 11,4/ . Czy będzie to nadużyciem, gdy przez pryzmat tych słów spojrzymy na to, co przeżywa dziś świat?
Tu podzielę się osobistym doświadczeniem. Otóż w wieku 30 lat, w siódmym roku kapłaństwa, straciłem całkowicie słuch. Tego naturalnego do dziś nie mam, choć po 22 latach całkowitej głuchoty, dzięki wszczepionemu implantowi, powróciłem do świata dźwięków. Nikogo nie trzeba przekonywać jak trudne było to doświadczenie dla mnie. Niemniej z całym przekonaniem i mocą chcę wyznać jak wiele dobra w moim życiu i kapłaństwie przysporzyło mi ono: głębsze spojrzenie na życie, odkrycie pełniejszych wymiarów kapłaństwa i jego piękna, doświadczenie ogromu dobroci i zrozumienia ze strony wielu ludzi, poszerzone horyzonty dla mojej posługi duszpasterskiej. Tak, to naprawdę ogrom dobra podarowanego mi przez Pana, a przecież w tym dobru i wielu z Was, czytających te słowa, miało i ma  współudział! Dlatego zawsze towarzyszyła mi wdzięczność Bogu za te wyjątkowe doświadczenia, które rodziły się przed czterdziestu laty.

Niedawno zafundowaliśmy sobie (6-8.03.20) kolejne 53 rekolekcje trzeźwościowe
w Krzydlinie Małej. Te wszystkie wiosenne i jesienne spotkania organizowane od ponad
25-ciu lat, to szczególny powód do wyrażania wdzięczności Bogu i sobie. Na to ostatnie spotkanie patrzymy z tym większą wdzięcznością, bo można powiedzieć, że niemalże w ostatniej  chwili udało się nam wymknąć z nim z objęć koronawirusa i spokojnie oraz radośnie i jakże owocnie je przeżyć.

Rzeczywistość wokół nas ciągle się zmienia, tyle znaków zapytania pojawia się, gdy zastanawiamy się jakie będzie nasze jutro, ale Opatrzność Boża czuwa i zachęca do otwarcia się na dobra, które Bóg nam gotuje. Wytrwajmy…, a przyjdzie czas, gdy razem z Maryją będziemy wołać: „Wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny.”(Łk. 1,49).

Trwać w duchu wiary w tym dramatycznym dla nas czasie, to też wchodzić w głęboką relację z Panem. Trzeba więc na nowo rozpoznać wartość i głębię modlitwy. Kiedy tak bardzo mamy ograniczony dostęp do sakramentów, Eucharystii, liturgii w kościele, odkryjmy znaczenie modlitwy osobistej i wspólnej, rodzinnej. Pozbądźmy się pokusy traktowania modlitwy jako tylko obowiązku do spełnienia. Zauważmy, że jest ona potrzebną rozmową, więcej – dialogiem serca pomiędzy człowiekiem i Bogiem. Jakże wymownie ujął to Karol de Foucauld: „Modlić się, to myśleć o Bogu kochając Go”. I zawsze pamiętajmy, że modlitwa nie tyle musi być pobożna, ile musi być szczera. Dziś, kiedy w pewnym sensie zostaliśmy uwięzieni z naszym życiem religijnym w domach, stajemy  też przed szansą odkrycia wartości
i piękna wspólnej, rodzinnej, modlitwy,. Kiedyś na jednym z „drapaczy chmur” w Nowym Jorku był umieszczony napis: „Rodzina, która modli się wspólnie jest trwała”. Gdy dogłębnie przejmiemy się prawdą tych słów, łatwiej nam będzie pokonać zniechęcenie i uprzedzenie, że w naszej rodzinie to niemożliwe. A wtedy nasze rodziny staną się żywym kościołem domowym, przynoszącym wiele dobrych owoców. I ta praktyka rodzinnej modlitwy nie może być tylko epizodem na dzisiejsze trudne czasy. Niech z czasem nie zagaśnie, a wręcz przeciwnie stanie się trwałym dobrem dla naszych ognisk domowych.

Na koniec zwróćmy jeszcze uwagę na to, że ta głęboka relacja z Bogiem, czego oczekuje od nas obecna sytuacja, nie będzie wystarczająco autentyczna, gdy nie zatroszczymy sięo pogłębienie relacji z innymi ludźmi, a szczególnie z bliskimi. „Zamknięci” w znacznym stopniu w czterech ścianach naszych domów, wykorzystajmy to do uczenia się siebie nawzajem w rodzinie, do odkrywania bogactwa, które jest w nas, do pogłębiania wrażliwości na siebie, która być może już „wypłowiała”. Niech owocem takiej postawy będzie zrozumienie prawdy że w naszych rodzinach jesteśmy darem dla siebie, a nie skazani na siebie. Niech zawsze priorytetem dla naszych postaw, nie tylko w tych wyjątkowych czasach, będzie troska o jedność i miłość w domach, parafiach i całej Ojczyźnie.

Wiele z powyższych przemyśleń zrodziło się u mnie podczas jednej z rekreacyjnych wycieczek na łono natury (jeszcze przed ostatnimi restrykcjami). Doświadczyłem wtedy czegoś niepowtarzalnego: w świecie trwa jakby burza, tyle dramatyzmu, który niepokoi, zaskakujące i nieoczekiwane zmiany, a przyroda jakby nieczuła na to – zawsze piękna, kojąca ciszą i zapachami. Idąc przez las i krocząc wśród pól, gdzieś w głębi serca jakbym słyszał głos Jezusa; „Nie lękaj się…Ja Jestem…Jam zwyciężył świat!”. Dziękuję Ci Jezu!

Wasz brat

Bronek Piśnicki

 

1 thought on “Mój List…”

  1. sylwester wojtas

    Wspaniale miec takiego kapłana ,zawsze jest gotów do pomocy. mam szczęście że ks. Bronisław 25 lat temu staną na mojej drodze trzeźwości i w moim życiu.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *