Aktualności, Świadectwa

Pielgrzymka „Trzeźwość Narodu”

Przeczytaj świadectwo J. W.: Pielgrzymka „Trzeźwość Narodu”.

W dniach 2-4 września 2016 roku udaliśmy się w pielgrzymkę ! Organizatorzy z Duszpasterstwa Apostolstwa Trzeźwości i Pomocy Rodzinie z Lubania nadały myśl przewodnią tej pielgrzymce „ Trzeźwość Narodu” Przyznam, że w ostatnich godzinach  przed wyjazdem wkradł się w nasze szeregi niepokój i stres. Spowodowany był dlatego, że koszt pielgrzymki był minimalny a w ostatniej chwili z przyczyn osobistych zrezygnowało sześć osób. I determinacja – jedziemy czy odwołujemy wyjazd?  Wygrał żywioł – jedziemy!

Szlak pielgrzymowania:
02.09.2016 r. — Klasztor Dominikanów, Sanktuarium Matki Bożej Uzdrowienie Chorych w Gidlach i  uczestnictwo w Mszy Świętej odprawianej przez ojca Juliana w intencji naszych pielgrzymów i za trzeźwość Narodu. Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Patronki Rodzin – tu Ojciec wcielił się w rolę przewodnika i razem odmówiliśmy modlitwy, Sanktuarium Pasyjno – Maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej – zdążyliśmy na Apel Jasnogórski oraz na zamknięcie obrazu Matki Bożej.

03.09.2016 r. — Od świętych schodów – Grodusy i Ratusza Piłata – z bratem zakonnym rozpoczęliśmy rozważania i medytację Drogi Krzyżowej.
Drogę Krzyżową można przeżyć w kościele siedząc w ławce i słuchając rozważań, można w samotności, a my wybraliśmy opcje trochę ekstremalną – Dróżki Kalwaryjskie. Tu podczas Drogi Krzyżowej wiara styka się z decyzjami woli, emocjami. Przy  każdej stacji czytany przez Jadwigę tekst  był rekolekcjami – był to czas na refleksję, na przemyślenia pewnych rzeczy, czas na wyciszenie się i medytację, a przez to zbliżenia do Chrystusa. Pątnicy stwierdzili, że było to wyzwanie, głębokie przeżycie, doświadczenie własnej słabości i skosztowania ułamka ciężaru, jaki dźwigał Jezus podczas swojej Drogi Krzyża. Inaczej patrzy się na Jego cierpienie z ławki kościelnej, a inaczej, gdy nogi odmawiają posłuszeństwa…
Dla mnie  Droga Krzyżowa jest pewna „techniką” ćwiczeniem duchowym. Ta zewnętrzna droga, przejście od stacji do stacji, było tylko impulsem. Celem jest naprowadzenie mnie na moje serce, żeby obudzić wymiar modlitwy wewnętrznej, modlitwy w sercu i odkryć wewnętrzna drogę, którą Pan czyni w moim życiu. Podczas modlitwy trzeba wsłuchać się we własne serce, żeby spadła zasłona z oczu – wtedy ujrzymy Pana idącego obok nas i niosącego nasz krzyż. Mówiąc dokładniej: chodzi o odkrycie życia Chrystusa w sobie, faktu, że „nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus”. Co więcej, możemy wtedy łatwo przenieść jej odprawianie w życie.
Gdy serce samo się modli, wtedy łatwiej wziąć krzyż na każdy dzień
Ta Droga Krzyżowa to ciekawe doświadczenie. Dla niektórych na pewno forma pokuty…
No i czas wyruszyć do Wadowic
 Pierwsze kroki skierowaliśmy do Muzeum domu rodzinnego Ojca Świętego Jana Pawła II.  Muzeum robi niesamowite wrażenie, olśniewa nie tylko nowoczesnością, multimedialna wystawa narracyjna świetnie została wkomponowana w ekspozycje i po 70 minut zwiedzania, oczywiście obraliśmy kierunek cukiernia i kremówki – tu Sylwek z Tomkiem zaszaleli. Zamówili 10 kremówek  plus  dwa ciastka serduszka na naszą czwórkę. I to już była premedytacja obżarstwa i moja myśl – SALIGIA (łaciński skrót mnemoniczny stworzony w średniowieczu przez Watykan dla przypomnienie nam o siedmiu grzechach głównych) to akronim słów: superbia, avaritia, luxuria, invidia, gula, ira, acedia. A tak na marginesie jeszcze dzisiaj w uszach brzmią mi słowa św. pamięci księdza Zbigniewa Michalewicza cytuję „ Popełniony przez człowieka grzech dla Boga jest pogwałceniem Jego miłości, dla Kościoła jest osłabieniem, dla innych jest zgorszeniem, dla człowieka jest śmiercią duchową, dla szatana jest zwycięstwem w walce duchowej”…].
Wybiła godzina 18:00 i uczestnictwo w Eucharystii w kościele, w którym był chrzczony Karol  Wojtyła.
No i żegnamy Wadowice. Wracamy do Kalwarii Zebrzydowskiej.
 A tu jeszcze uczestnictwo w Apelu Jasnogórski i zamknięciu obrazu Matki Bożej.

4.09.2016 r. — o godzinie 6:00 msza święta z Odsłonięciem Cudownego Obrazu Matki Bożej. Eucharystia była sprawowana w intencji trzeźwości narodu i za pątników z Lubania.
Jeszcze tylko spojrzenie z okna autobusu na Sanktuarium i czas ruszać w drogę powrotną, przez Kraków – Łagiewniki. Wystawa w Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się”. Jest to ośrodek poświęcony życiu i twórczości Jana Pawła II. Oglądaliśmy pamiątki oraz osobiste przedmioty Jana Pawła II, głównie z okresu pontyfikatu oraz przedmioty ofiarowane Ojcu Świętemu w trakcie pielgrzymek i wieloletniej posługi kapłańskiej. Należą do nich m.in. dary przekazane przez wybitnych polityków, premierów i przywódców państw, a także pielgrzymów.
Duże wrażenie zrobiła na mnie wystawa kopii całunu Turyńskiego. Obraz jest straszliwy ze względu na zniszczenie ciała, ale pod ową powłoką kryje się piękno – postać Chrystusa. Na tym całunie czytamy „piątą Ewangelię”. W kościele przy relikwiach Ojca Św. i płyty z grobu przywiezionej z Rzymu pielgrzymi dziękowali i modlili się w swoich intencjach. Następnie podjechaliśmy do Bazyliki Miłosierdzia Bożego, wybudowanej w pobliżu zespołu klasztornego zgromadzenia sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Próg Bazyliki przekroczyliśmy przez Bramę Miłosierdzia. Po krótkiej modlitwie postanowiłam odwiedzić  kaplicę Św. Józefa i pomodlić się przed grobem Św. Faustyny oraz ucałować Jej relikwie.
Jeszcze jedna atrakcja została do zobaczenia, podziwianie widoku Krakowa i okolic z wieży widokowej. Po wbiegnięciu na wieżę widokową – dowiaduję się, że z wszystkich pątników, którzy zamierzali dostać się na szczyt,  tylko  ja i Agata użyliśmy schodów.

Na drogę pielgrzymowania wyruszyłam uwięziona w pętli myślenia o sobie o tym jak bardzo jestem pokrzywdzona i opuszczona przez Boga. A wszystko zaczęło się w marcu w roku 2015, gdy w gabinecie Prezesa Kliniki Hematologicznej z jego ust usłyszałam wyrok – nowotwór szpiku kostnego. Byłam załamana. I pytanie – ile zostało mi życia? Postanowiłam, że nie powiem rodzinie, nie chciałam ich martwić – miałam nadzieję  że źle zostały odczytane wyniki, że to pomyłka chociaż sama w to nie wierzyłam. Presja choroby spowodowała, że wreszcie w sierpniu powiedziałam rodzinie dodając, że nie zaaplikuję do organizmu chemii.
Cały czas towarzyszył mi dyskomfort napięcia emocjonalnego, który wywołał nieprzyjemne
reakcje: ból, gniew, złość, smutek, regresja, gdyż nie pogodziłam się, że w moim organizmie króluje choroba. Nie chciałam od ludzi usłyszeć – litość i współczucie, chciałam mocno stanąć na Ziemi i nie poddawać się, dlatego szukałam dróg i zajęć aby nie myśleć o chorobie, na próżno. Ale zabłysła iskierka światła. Przecież na mojej drodze, oprócz rodziny stoi również dużo osób bardzo pobożnych, które uważam za przyjaciół i dobrych znajomych oni także będą w trudnych chwilach moją podporą, Tak sądziłam dopóty, dopóki poprosili mnie o ratunek w delikatnej sprawie i priorytetowej. Nie powiedziałam o moim tragizmie, bo wsparcie bliźniego było ważniejsze. Wyciągnęłam pomocną dłoń, którą osoba źle z interpretowała i arogancko odrzuciła  (a potrzebuje pomocy!). Ten wątek reakcji spowodował, że kilka osób „ skopały, zlinczowały i zdeptały” mnie werbalnie z otokiem kłamstw i to w RMB. Stawiałam sobie pytanie – za co?, dla czego? …
To wszystko „zwaliło mnie z nóg” powodując eskalację choroby. Ta sytuacja doprowadziła do jeszcze większego chaosu, nieufności, goryczy i zbuntowania przeciw Bogu i ludziom w moim życiu.
(Ale teraz z miłością dziękuję im za takie potraktowanie mnie – ponieważ nabyłam jeszcze jedno doświadczenie w życiu… i ważne – gotowa jestem tym osobą służyć pomocą w potrzebie. Dlaczego?, bo jestem chrześcijanką a wiara do czegoś zobowiązuje – m.in.  miłować każdego i dawać wsparcie).
W chaosie myśli nie mogłam duchowo odnaleźć  się, jestem jak uszkodzony towar.  Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że Matka Boża cały czas Jest przy mnie.
Doświadczyłam obecność Matki Bożej w Medjugorie gdy podczas modlitwy na Różańcu, którą mechaniczne odmawiałam, moje nozdrza wyczuły piękny przyjemny kwiatowy zapach. Pomyślałam, że któraś z kobiet użyła intensywnych perfum, nie skojarzyłam, że Matka Jezusa obdarowała mnie łaską i Była przy mnie chociaż ja Jej nie widziałam.
Ta sytuacja powtórzyła się w Gidlach. To był kulminacyjny punkt mojej pielgrzymki. Gdy stanęłam przed małą figurką Matki Bożej, na czoło wysunęło się pytanie dlaczego ja? Frustracja,  zabiła umiejętność modlenia się. Tylko powiedziałam – Matko nie chcę jeszcze umierać, mam tyle rzeczy do zrobienia, jest tyle ludzi potrzebujących mojej pomocy, uzdrów mnie, a jeżeli nie, to daj mi siłę zaakceptować chorobę i daj mi siłę, żebym mogła znieść ból, bo boję się, że coś zrobię głupiego…
I w czasie Eucharystii poczułam zapach kwiatów z nutką konwalii. Siedzących obok mnie osób pytałam, czy używali perfum, nie dowierzając powąchałam nawet kwiaty, które zdobiły ołtarz. Mało tego, pytanie o zapach postawiłam też Ojcu Julianowi – żadnych perfum nie było. Ogarnęła mnie fala wyrzutów, że moje ruchy świadczą o tym, że jestem płytkiej wiary i opanował mnie wstyd i strach…
Mam świadomość, że to była Matka Boża i, że Ona jest zawsze przy mnie.
Reasumując, zostałam wzmocniona duchowo, zanurzyłam się w tym rezerwuarze wiary nadziei i miłości, odzyskałam umiejętności modlenia się sercem i odczuwania radości w modlitwie i śpiewie. To była pielgrzymka do mojego wnętrza do zakamarków mojego życia. Wróciłam z wielka wiarą i ufnością oraz z pokorą.
Dziękuję pątnikom za wspólną modlitwę za wspólny śpiew i wspólne przebywanie. Dziękuję, że byliście ze mną.
Bóg Zapłać
J.W